Translate

niedziela, 21 lutego 2016

Wyprawa...






 Pierwszy wpis w tym roku he he :P

Sporo się wydarzyło, ale jakoś nie miałam czasu o tym pisać. Oczywiście przemyśleń na temat minionych zdarzeń było i jest multum, ale nie chcę nimi nikogo zadręczać :D
Luty zaczęłam z wykopem. Wybrałam się do Łodzi na koncert zespołu, który wręcz ubóstwiam ^^ Imagine Dragons :D Towarzystwo też miałam doborowe, bo najlepszą kumpelę, więc czego chcieć więcej od życia?

Pomimo długiego oczekiwania i podróży jestem w pełni usatysfakcjonowana tą wyprawą i naładowana pozytywną energią. No cóż, było uczucie niedosytu - chciałoby się by Smoczki zagrały dłużej - ale i tak było niesamowicie! Po prostu petarda.
 
To było niezapomniane wydarzenie mojego życia - w pozytywnym znaczeniu ;) Tłum ludzi wykrzykujący teksty piosenek i zagłuszający mój fałsz - bezcenny. Nigdy nie przypuszczałam, że koncert wywoła u mnie takie emocje. Czułam się jak nastolatka piszcząc i wrzeszcząc wraz z innymi. Do teraz słuchając na przykład "Shots" w głowie wyskakuje mi obraz początku koncertu, gdy zespół wychodził na scenę i zaczął grać ten kawałek. Okrzyk ludzi i uśmiech wokalisty na widok wrzeszczących fanów.
Matko, jakie to było wspaniałe przeżycie :) 
Mój debiut w wydarzeniach tego kalibru. Dotychczas uczestniczyłam w koncertach mało znanych kapel - emocje może były, ale nie na takim poziomie. Jestem dość niska i wręcz tonęłam w tłumie wysokich osób - niektórzy byli jak jakiś mur, a inni jak wieże. Las rąk ze smartfonami w dłoniach - oczywiście nie byłam gorsza :P
Na YouTube można obejrzeć sporo filmików z tego wydarzenia. Ktoś nawet zmontował parę z nich, odtwarzając koncert - świetna robota nawiasem mówiąc ^^

Też nagrałam kilka filmików. Oczywiście nie umywają się z innymi, ale jak dla mnie są spoko :) Do Łodzi wybrałam się wraz z przyjaciółką  - obie uwielbiamy Imagine Dragons - a fakt, iż byli po raz pierwszy w Polsce zadecydował o naszej wyprawie. Mój telefon ma 2 megapiksele, jej chyba 5. Jakość filmików mówi sama za siebie, ale tak czy inaczej stanowią one wspaniałą pamiątkę :) He he
Pewnie piszę chaotycznie, ale nic na to nie poradzę. Ciężko opisać zdarzenie, które nadal wywołuje tak wiele emocji i cieszy na samo wspomnienie. 
6 godzin na twardej podłodze łódzkiego dworca i następne 5 w autobusie. Po powrocie do domu byłam wykończona i obolała, ale było warto! Wybawiłam się jak nigdy dotąd i nikt mi nie wmówi, że popełniłam błąd. (Zniszczone buty też nie stanowią twardego argumentu :P) Wreszcie zrobiłam coś egoistycznego i nie mam wyrzutów sumienia. Zamiast tego cieszę japę słuchając ulubionego zespołu. To świetny sposób na zdystansowanie się do codzienności - robienie rzeczy, które sprawiają przyjemność i bawią. 
A teraz zbieram kasę na Openera :)

niedziela, 11 października 2015

Kilka zdań o mnie...

Czasem myślę, że nie powinnam istnieć. 
Czasem myślę, że nie pasuję do reszty świata.
Czasem nie widzę sensu we wszystkim co robię.
Czasem po prostu chciałabym zniknąć wszystkim z oczu.
Czasem nie potrafię wyrzucić z siebie tego co czuję.
Czasem mam problem z nazwaniem emocji, które tłumię.
Czasem nie umiem określić celu własnej egzystencji.
Czasem próbuję walczyć, choć nie widać perspektyw na zwycięstwo.
A gdy przegrywam, udaję, że to wcale nie jest przekleństwo.
Czasem dźwigam się po ogromnym upadku i zamiast płakać szczerzę się tak bez sensu.
Czasem tęsknię za tym co już dawno uleciało.
Czasem marzę o beztroskiej nicości.
Czasem gubię się w pogoni za przeszłością.
Czasem modlę się do boskiego bytu wbrew własnej woli.
Czasem podświadomie płaczę nad rozlanym mlekiem.
Czasem nie wiem jak zrobić kolejny krok do przodu.
Czasem jak tchórz cofam się o pół krok.
Czasem tracę poczucie bezpieczeństwa.
Czasem boję się groźby samotności.
Czasem chowam głowę w piasek by przeczekać jakiś problem.
Czasem nie mówię co tak naprawdę mnie boli.
Taki ze mnie człowiek w życiowej agonii. 

piątek, 29 maja 2015

Wciąż próbuję udawać kogoś, kim nie jestem. Do takich konkluzji doszłam podczas intensywnego procesu różnych analiz i retrospekcji. Od dziecka starałam się być w porządku i chyba dlatego ciągle wtapiałam się w tłum. Taki pieprzony kameleon z niską samooceną ^^
Kiedyś tego nie dostrzegałam, a raczej nie chciałam tego w sobie zauważać. Często tak bywa, że bagatelizuje się niektóre sygnały pewnych niedociągnięć. Podporządkowanie było mi na rękę? Sama nie potrafię odpowiedzieć sobie na to pytanie. Z pewnością tak było, ale do czasu. Możliwe, że musiałam do tego dorosnąć. 
Nie można wiecznie uciekać przed samym sobą. W pewnym czasie własna tożsamość daje o sobie znać i nie daje spokoju, męcząc jak gryzące sumienie. - Gutta cavat lapidem non vi, sed saepe cadendo. - Jakoś sentencja Owidiusza  mi pod-pasowała, jeśli chodzi o tę kwestię. "Kropla drąży skałę nie siłą, lecz częstym padaniem" Tak właśnie działa ubiegająca się o uwagę tożsamość. Naciska delikatnie acz w określonym czasie - najczęściej w chwili zwątpienia i wyczerpania umysłu. Gdy nie można znaleźć drogi ucieczki od własnego ego, a wszelkie próby zatajenia okazują się nieskuteczne. Moje zwątpienie doprowadziło mnie do strachu przed tym, kim jestem. Niestety to tylko nikły fragment mojej porypanej osobowości :) 
Ehhhhhhhh... gdyby to było takie proste, jak puzzle o określonej liczbie elementów, które układasz z tym samym rezultatem. No cóż, życie i osobowość to układanka o niewiadomym wyniku. Wciąż coś ulega zmianie. Nie ma ustalonego algorytmu, według którego można przewidzieć pisany na bieżąco scenariusz, kształtujący charakter. Wszelkie nawyki i punkt widzenia nabywamy z czasem. Środowisko jest nieodłącznym czynnikiem wpływającym na nasz odbiór świata. Postrzegam wszystko w subiektywny sposób i jakoś nie potrafię uwierzyć w obiektywizm. Nie można całkowicie odciąć się od własnych odczuć. Na tym chyba zakończę moje rozmyślanie, patrz przynudzanie :)


środa, 8 kwietnia 2015

Święta, święta i po świętach... Tak, temat świąt jest ostatnio czymś irracjonalnym jak dla mnie. Kiedy zmienia się podejście do życia automatycznie dzieje się tak z punktem widzenia. Tak, staram się patrzeć z tej jasnej strony. Zobaczymy co z tym będzie :) Na razie jestem dobrej myśli, a to już jakiś plus ;) Status na dziś: odbijam się od dna i suszę ząbki do innych. No co, od czegoś trzeba zacząć. Na razie niczego nie planuję, bo gdy zwykle to robię, wszystko idzie w czorty. W sumie, jestem dość kiepska w planowaniu. Nawet testy osobowościowe u doradcy zawodowego to wykazały. Jestem kreatywna - owszem, ale z estetyką nie jest już tak świetnie. Trzeba po prostu przymknąć na ten szczególik oko. Tak, to trochę porypane. Mam umysł analityczny i twórczy, ale nie uporządkowany - chaotyczny. Istny paradoks. To dowodzi, że jestem nienormalna he he... Tak, to do mnie pasuje :)
Ostatnio z kumpelą przypomniałyśmy sobie jedną piosenkę, której nadal nie rozumiem. Jest tak irracjonalna, że śmieszy. No, ale czego spodziewać się po dziele komika - ma śmieszyć. I zdaje egzamin - bynajmniej w moim przypadku :D



wtorek, 10 marca 2015

^_^

Tak trochę humorystycznie dzisiaj ^^ Ten kawałek podrzuciła mi niedawno przyjaciółka. Po prostu padłam gdy to zobaczyłam. 



niedziela, 22 lutego 2015

i znowu wątpliwości...

Pogoda zaczyna się poprawiać, a wraz z tym wraca do mnie życie - powiedzmy. Zauważyłam, że ostatnio całkowicie w siebie zwątpiłam. Zawsze wątpiłam, ale nie w tak wielkim stopniu jak teraz. Czyżbym zaliczyła zbyt dużo porażek, że teraz zaczynam się wahać przed podjęciem jakiejkolwiek decyzji? Sama nie wiem i ta niewiedza mnie przeraża. Ktoś dobrze mi znany powiedziałby, że to życie, które z reguły jest nie do przewidzenia. No tak, czasem warto zabawić się w hazardzistę i zagrać z losem w kości... Mam wrażenie, że poszłam o krok dalej i zamiast w kości zagrałam w rosyjską ruletkę. Niestety w pewnym momencie okazało się, że w tej konkretnej dziurze bębenka znajdował się nabój. Pech czy raczej brutalne przebudzenie zwane rzeczywistością? Raczej to drugie. No nic, życie trwa nadal i trzeba babrać się w tej partyzantce, walcząc o swoje. Tylko czemu to takie trudne? Niby to prosty schemat, jak rzucanie monetą. Podejmujesz decyzję (awers) ponosisz konsekwencje (rewers). Niestety to jest ze sobą zespolone, nieustannie ze sobą implikując. Taki yin i yang życia.
Popełniam błędy, cholernie sporo tych błędów ostatnimi czasy. Czemu chcąc żyć wciąż się potykam? Prosta odpowiedź - taka już jestem, niezdarna. Staram się uczyć na błędach, które popełniam, a jak widać czeka mnie sporo nauki. Przy mojej analitycznej naturze... tak za dużo myślę. 
Zeszłej niedzieli obchodziłam urodziny. Nigdy nie przepadałam za tym dniem, ale zawsze celebruję je z przyjaciółkami. Taka ironia, że wypadają dzień po Walentynkach - a ja nie należę do osób romantycznych. Wspominałam jednak jedne, które zapadły mi w pamięci. Moja babcia zawsze cieszyła się na jakiekolwiek święta członków rodziny. Starała się jakoś je zaakcentować. Pamiętam jak krzątała się przy westfalce i piekła pączki na moje urodziny. Miło czasem powspominać dobre chwile. To jak port, w którym można się zakotwiczyć i przeczekać sztorm zwany kryzysem. Nie mam tych chwil zbyt wiele, dlatego na bieżąco je sobie przypominam, by ich nie zgubić. Przy moim roztargnieniu wszystko jest przecież możliwe. 
Dziś trafiłam w TVP Polonia na koncert 25 lat zespołu T-Love. Dlatego zakończę ten wpis jedną z ich piosenek. 


sobota, 24 stycznia 2015

:(

 Zastanawiające, czemu zawsze jak chcemy coś zrobić dobrze, to wszystko się sypie? Wciąż staram się jakoś żyć, jednak nie jest łatwo. Ciągle coś idzie nie tak, co powoli zaczyna frustrować. Czuję presję czasu, presję życia? Sama nie wiem. W ogóle siebie nie rozumiem!




wtorek, 20 stycznia 2015

Coś tam

 Ostatnio sobie podśpiewuję ten kawałek. Nie jest łatwo, ale trzeba jakoś iść do przodu. Musze się wziąć w garść i ryzykować. W tym świecie nie ma litości, więc nie pozostaje nic innego, jak podnieść rękawicę i zawalczyć o siebie. 


czwartek, 1 stycznia 2015

Pomyślnego roku :D


Nowy Rok się zaczął, więc mam nadzieję, że okaże się lepszy od starego. Nie robię postanowień, bo nie lubię tworzyć list i się im podporządkowywać. To nie leży w mojej naturze. Czasem można przecież pójść na tak zwany spontan ~v-


Tak więc życzę Wam pomyślnego Nowego Roku i aby wszelkie problemy odeszły z tym Starym. Nie zadręczajcie się niepowodzeniami i idźcie naprzód z podniesioną głową. Błądzić jest rzeczą ludzką, dlatego trzeba po prostu wyluzować i pozytywnie myśleć. 



środa, 17 grudnia 2014

<^_^>

Ostatnio staram się być nastawioną pozytywnie. Szukam dobrych stron w moim popapranym życiu. Pocieszam się drobnostkami. Na przykład takimi jak ta:


środa, 26 listopada 2014

Dzięki ^^

Nie ma to jak przyjaźń ^^ Zostałam zarażona chęcią nucenia tej piosenki ha ha :D  I niezależnie czego słucham, ona nie chce wypaść mi z głowy.


To teraz na poważnie. Niezależnie jak jest ze mną źle mam ich wsparcie. Akceptują mnie, choć sama mam z tym problem. Specyficzna jestem i już. To właśnie jest przyjaźń. Trzymamy się bez względu na wszystko. Przeżywamy wspólnie nasze wzloty i upadki. Czasem się zastanawiam czy na nie zasługuję? No cóż, tak już mam.
Żyję już 26 lat i spotkałam tak wielu różnych ludzi. Dziękuję losowi, że wciąż daje mi taką możliwość. To daje mi cenne lekcje, dzięki którym zdobywam nowe doświadczenia. Doceniam każdą z nich.

środa, 5 listopada 2014

Eh....................

 No i zaczął się refleksyjny czas...
Z przerażeniem patrzę, jak czas szybko mija - szok! Dopiero zaczęłam staż, a z końcem listopada go kończę. Eh, znowu będę bezrobotnym pasożytem na garnuszku państwa... Mam nadzieję, że dość szybko znajdę pracę...



niedziela, 19 października 2014

T_T

Dość długą przerwę sobie zrobiłam... Eh, tak bywa. Mam ostatnio - jakby to ująć - beznadziejne dni, tygodnie, itp. Snuję się wciągnięta w nudną rutynę dnia. Nic na to nie poradzę, ale czuję się źle. Mam uczucie, że czegoś nie robię, choć nie leniuchuję całymi dniami. Niby pracuję, ale ciągle głupio się czuję. Jak jakieś dziecko, które jest winne psoty. Sama już nie wiem, co powinnam zrobić. W ogóle wszystko idzie nie po mojej myśli. Hm, a może za dużo myślę, analizuję i doszukuję się w tym wszystkim sensu? Tak, to głupie. W rezultacie nic nie wiem i ciągle biję się z myślami. W ogóle moje refleksje na końcu wydają się być jednym wielkim bełkotem żałosnej osoby. 

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Czas

Czas to pojęcie względne - pomyślałam sobie siedząc za biurkiem w pracy. Coś w tym jest, bo można go interpretować na różne sposoby. W sumie wystarczy wyobraźnia i zmienny punkt widzenia. Na przykład, dziś czas płynie mi irytująco wolno - to świadczy, że zmęczenie nie pozwala dostrzec mi nic poza tą ślamazarnością. W miłym towarzystwie jest odwrotnie. Tak samo jest w momencie, gdy musimy się wyrobić w jakimś terminie - jak nic zawsze nam go braknie - bynajmniej dla mnie. Ironia losu. 
W życiu używa się wielu określeń dotyczących czasu. Mnie ostatnio męczy brak czasu, choć w weekendy zdarza się, że go po prostu tracę zajmując się mniej ważnymi rzeczami. Jest też powiedzenie: ... dla zabicia czasu. To trochę makabryczne, nie sądzicie? Może mam zbyt bujną wyobraźnię, ale mi to pachnie niezłym kryminałem he he. No bo sami spójrzcie. Przytoczę wam moją pierwszą myśl związaną z tym powiedzeniem. Pan "X" wyznacza komuś zabicie pana "Czas", bo ciągle mu uciekał przez co tracił kontrahentów. Najemnik - nazwijmy go pan "M" - wykonuje zadanie. Nagle okazuje się, że wszystko staje w miejscu tkwiąc w niejakim zawieszeniu.... To tyle he he ^^.
Tak już bywa. Żyjemy w dobie ciągłego pośpiechu i szkoda nam czasu na drobne postoje. Przez to zabieganie przeoczamy wiele dobrego. Chwila zadumy jest nam potrzebna - trzeba czasem poukładać roztrzepane myśli. Pośpiech nie jest zdrowy na dłuższą metę. To tyle, może kiedyś jeszcze podejmę ten temat. Zobaczymy ;).


środa, 6 sierpnia 2014

Burza

A tak dla własnego widzimisię streszczę pokrótce wczorajszy dzień. A co he he... Wstałam po niecałych trzech godzinach snu bez żadnych perspektyw na zmianę samopoczucia. Patrzę na termometr za oknem w moim pokoju, a tu 50 stopni. Myślę jeszcze ospała: Chyba mieszkam na jakiejś pustyni. Dopiero po zimnym prysznicu doszłam do wniosku, że jednak termometr zakończył swój żywot. Wchodzę do kuchni, by rozpocząć codzienny, poranny rytuał, którym jest śniadanie. Następnie spacerek do pracy przez uliczne rozkopy. Tak się kurzy od tego, że naprawdę można pomyśleć, że się mieszka na pustyni, ale docieram na miejsce. Po południu wracam do domu na niecałą godzinkę. Wspaniałomyślnie otworzyłam okno na oścież w jednym z pokoi, by przewietrzyć mieszkanie...no i skleroza zapomniałam je zamknąć przed wyjściem! 
Dwie godziny później, kiedy jestem jakieś dwa kilometry od domu, zaczyna się urwanie chmury. Patrzę w okno obserwując tę ulewę i myślę: Zajefajnie mam pewnie potop w domu. No nic siadam do komputera i ćwiczę na kursie Excela. Po zajęciach deszcz nadal pada, a na domiar tego przypełzła też i burza. Tak, nie ma to jak miły akcent na zakończenia dnia. Siedzę i czekam, aż warunki pogodowe się skończą i nic. Postanawiam zadzwonić po ojca. Przyjechał po około 45 minutach. Ornetę zalało. Podjeżdżamy pod dom, który ku mojej radości nadal stoi, nie pływa. Miałam chwilę wątpliwości, gdy sąsiad z naprzeciwka wynosił wodę wiadrami z mieszkania - zalało mu piwnicę. U mnie tylko studzienka była wypełniona do połowy, ale po kwadransie nic w niej nie było - nie licząc czegoś zgniłego na dnie. Ku mojej uciesze w ogóle mnie nie zalało. Później w nocy obserwowałam błyskawice na niebie, bo oczywiście przyczłapała kolejna burza. Nieco wcześniej przyglądałam się strażakom, którzy wypompowywali wodę z piwnicy drugiego sąsiada. Tak mi minął wczorajszy dzień - pełen wrażeń he he. 
Podczas burzy wzięło mnie na wspominki. Pamiętam, ze w dzieciństwie strasznie bałam się tego zjawiska, a teraz mogłabym patrzeć na przeszywające niebo błyskawice godzinami. To potwierdza teorię na przykład Heraklita z Efezu, że wszystko podlega zmianom. Ja pod względem strachu się zmieniłam, nie wiem czy mogę posłużyć się stwierdzeniem, wręcz z niego wyrosłam. Nie tak dawno pisałam na Facebooku z koleżanką o lękach. Padło pytanie z jej strony, czego się boję? I mówiąc szczerze, wbiła mi ćwieka. Nie wiem czego się boję. Może tylko tego, co jest nieznane? Dobrze jest mieć pewność, że nagle nie zawali ci się grunt pod stopami. Ja tak nie mam. Ciągle idę na oślep w przyszłość mając za towarzyszkę naiwną nadzieję. To tak, jakby poruszać się we mgle bez żadnych sygnalizatorów obecności, modląc się przy tym, by w nic nie uderzyć. Ryzykowne he he. Wracając do strachu. Zaczęłam drogą eliminacji szukać przedmiotu moich obaw. I tak: Nie boję się żadnych żyjątek, takich jak robaki, płazy czy gady - nawet niedawno straszyłam zaskrońcem brata. Ogień odpada, burza też, śmierć też mnie nie przeraża - w sumie, sama do niej kiedyś dążyłam. Czasem tylko mam lekki lęk wysokości, gdy nie mam w pobliżu oparcia pod postacią barierki. To tyle. Pewnie coś by się jeszcze znalazło, ale nie drążyłam tego tematu dalej.  Niezła dygresja z tego wyszła he he.
Wiecie, czasem kiedy przyglądam się deszczowi, przypomina mi się zmarła babcia. Pamiętam, że gdy padało, to nigdy nie puszczała mnie i siostry na dwór, w momencie kiedy na kałużach tworzyły się bąble. Mawiała, że taki deszcz jest niebezpieczny. Tyle wspomnień. Tak, w wakacje zawsze się z nas śmiano, bo babcia kazała nam wracać do domu kiedy zapalały się latarnie na ulicy. Stare dobre czasy, które już nie wrócą.
A tak na nieco zabawniejsze zakończenie wstawiam amv z jednego z ulubionych anime. Piosenka też przywołuje pewną nostalgię. No cóż, śpiewałam ją gdy miałam naście lat he he... ^^


niedziela, 27 lipca 2014

Załamka -_-

Im dłużej egzystuję na tym świecie, coraz bardziej mam ochotę się wyłączać. W głowie mam stworzoną własną utopię, gdzie czasem się zakotwiczam - ostatnio dość często. Nie mogę już oglądać wiadomości, bo moja irytacja dochodzi do szczytu wyznaczonej granicy. Homo homini lupus est - niejako utożsamia się z każdym stuleciem. Czasem myślę, że ludzie są jakimś chorym gatunkiem, który samoistnie się wyniszcza. Zabijamy dla przyjemności lub dla przekonania, ale jaki w tym sens? Nie wiem i nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Eh, brak mi słów...



środa, 23 lipca 2014

Nie dość ważne rozmyślenia niepoprawnego roztrzepańca :P

Długo się nie odzywałam, co jak na mnie nie jest wyczynem wagi państwowej. Powoli posuwam się do przodu w swojej marnej egzystencji - małymi kroczkami - a to postęp, bo nie stoję w miejscu. Depresyjny nastrój jakoś nie chce mnie opuścić, jednak to nie znaczy, że siedzę w domu i beczę w poduszkę. Nie! Normalnie w świecie żyję, jak przeciętni ludzie radząc sobie z przeciwnościami losu. Umartwiam się nad głupotą własną i innych, nie rozumiejąc pewnych zachowań. Tak, to norma.
Czuję ciągle pewien rodzaj presji i to mnie stawia pod murem. Czekam tylko na komendę do strzału, patrząc w lufę wycelowanej broni krytyka. Eh, bezsensowne to trochę, ale tak ma się sprawa. Powoli stawiam czoła nazbieranym problemom. Takie "problemobranie", a co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia, ale jestem przygotowana na najgorsze. Moje czarnowidztwo, jak widać ma się dobrze he he. Wyszłam jednak z założenia, że nikomu nie będę się narzucać. Jest jak jest i wolę nie wcinać się w życia innych. 
Zaobserwowałam ostatnio, że nasze społeczeństwo powoli zaczyna zwracać się niejako ku indywidualizmowi. Dzieci mało kiedy bawią się w większych grupach, bynajmniej w moim otoczeniu. Już nie widzę zgrania, jakie było kiedyś [patrz moje dzieciństwo]. Solidarność pomału się wypala i pozostaje indywidualizm. Kult jednostki zapoczątkowany wyścigiem szczurów. Do tego dochodzi szufladkowanie ludzi. Piękna przyszłość nas czeka. Czasem się zastanawiam, czy nie zmierzamy do czegoś na miarę świata wykreowanego przez Aldousa Huxleya. To trochę przerażająca myśl, ale jedynie bijąca się w mojej głowie wraz z innymi równie szalonymi wizjami. Prorokiem nie jestem i nie zamierzam nim być, po prostu sobie rozważam różne rzeczy. Czasem robię to w dość niekonwencjonalny sposób, ale będę wredna i tego nie zdradzę. Zabiorę tę tajemnicę ze sobą do grobu he he ^^. 




niedziela, 22 czerwca 2014

Czas wspinaczki po sinusoidzie, czyli pierwsze kroki w wychodzeniu z dołka

Jestem ostatnio w kiepskiej formie, ale staram się walczyć o resztki walącego się pod stopami gruntu. Sama siebie nie rozumiem, ale czuję, że stoję w martwym punkcie. Budzę się z uczuciem strachu i zachodzę w głowę dlaczego? Niby nie dzieje się w moim życiu nic złego, ale ten lęk czai się pod moją skórą. Czego się tak podświadomie boję - nie wiem! A to jeszcze gorsze uczucie od jawnego strachu. Może obawiam się tego świata? Tyle przemocy wokoło się szerzy, której nie potrafię zrozumieć. Według mnie można wszystko załatwić zdrową dyskusją, a nie prawem pięści. Wiem, jestem nie na czasie, ale konflikt nigdy nie jest rozwiązaniem. No cóż, ale co ja tam wiem...
Moim odreagowaniem na otaczającą mnie rzeczywistość są opowiadania, jakie tworzę na kartce papieru. To także moja forma odpoczynku psychicznego. Mam pokręconą wyobraźnię i nieraz sama siebie zaskakuję. Lubię także rysować, jednak moje dzieła nie należą do najlepszych. Raz wrzuciłam coś na któregoś bloga i wystraszyłam odwiedzających he he. 
Ten kawałek niejako odzwierciedla mój nastrój. W sumie, jedna z moich ulubionych piosenek Irona Maidena, po "como estais amigos". Tak gust muzyczny też mam nieco pokręcony, ale taka już jestem ^^;


niedziela, 15 czerwca 2014

Stare, ale jare

Ach, ale mnie wzięło na sentymenty i wspominki ostatnio. Szalone lata dzieciństwa czasami zdają się być taką ostoją spokoju wewnętrznego. U mnie bynajmniej tak jest. 
Wczoraj przeżyłam coś na miarę dead endu. Choróbsko się ponownie do mnie przyczepiło, ale ze zdwojoną siłą. Tę batalię zniosłam dość kiepsko, ale jest już lepiej. Mam nadzieję, że jutro będę w miarę funkcjonować. Wiadomo czyją matką jest nadzieja, a ona kocha swoje dzieci he he...
Taki kawałek na koniec tego krótkiego posta zapodaję. Eh, stare, dobre czasy...


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Indolencja i apatia

Tak, jednak mam doła. 
Nic na to nie poradzę i jakoś muszę odbić się z tego dna. Bycie osobą empatyczną nie jest zbyt zdrowe w tym świecie. Niestety. Ostatnio jestem świadkiem wielu bolesnych sytuacji, co choć nie chcę, wrzyna się w mój umysł, tworząc czarne myśli. To odbija się na moim samopoczuciu. Eh, do tego jeszcze ta indolencja i apatyczny stan. Czuję, że utknęłam w miejscu i ciężko jest mi zrobić jakikolwiek krok. Pieprzona rzeczywistość mnie nie oszczędza i ostro daje mi w kość. Nie jestem do końca pewna, ale ponoć stoicy uważali apatię za stan wolny od wzruszeń, który miał pozwalać na osiągnięcie pełni szczęścia. Pytam więc, gdzie to szczęście? Może go w ogóle nie dostrzegam zbyt głęboko tkwiąc w mroku własnych myśli, sama już nie wiem. Czuję się głupia i pusta. 
Dzięki Bogu, czy czemuś tam, mam wspaniałą przyjaciółkę, która świeci latarką w tym moim mroku. Pokazuje mi drogę wyjścia, a to naprawdę dużo. Staram się nikomu nie pokazywać swojej złej kondycji. Z reguły sama sobie jakoś dawałam radę, ale z roku na rok robi się coraz ciężej wychodzić z tego dołu. 
Przeprosiłam mój pamiętnik i z mieszanymi uczuciami przypomniałam sobie jego treść. To nie był jednak mądry pomysł. Nie w tym stanie. Znalazłam tam taki wpis:


Bo non omnis moriar
Póki carpe diem,
Ponieważ cogito ergo sum,
Muszę stawić czoło strapieniom
i krzyknąć agere contra!
Moje marzenia niespełnione 
pozostają w pamięci,
a na razie w ostateczności
pozostaje dance macabre...

Miałam wtedy dziewiętnaście lat i tak właśnie zbierałam siły. Dwa lata później zmarła moja mama i poczułam straszną pustkę, która trwa niemal cały ten czas. Przez ten okres przestałam chodzić do kościoła i powiększyło się moje zwątpienie w siłę transcendentną, jaką jest niejaki Bóg. Niektórzy powiedzieliby mi, że mój stan depresyjny spowodowany jest odejściem od Boga, ale to żadna prawda. Ja od niego nie odeszłam, po prostu czuję, że mnie opuścił. Z natury się nie narzucam, więc go unikam. Tak, chyba się nieco zagalopowałam pisząc o takich nieciekawych sprawach, jak stan mojej wiary. To dowodzi temu, że nie jest ze mną najlepiej. W sumie, to nieważne. Przeżyję... zresztą jak zawsze...