Translate

środa, 6 sierpnia 2014

Burza

A tak dla własnego widzimisię streszczę pokrótce wczorajszy dzień. A co he he... Wstałam po niecałych trzech godzinach snu bez żadnych perspektyw na zmianę samopoczucia. Patrzę na termometr za oknem w moim pokoju, a tu 50 stopni. Myślę jeszcze ospała: Chyba mieszkam na jakiejś pustyni. Dopiero po zimnym prysznicu doszłam do wniosku, że jednak termometr zakończył swój żywot. Wchodzę do kuchni, by rozpocząć codzienny, poranny rytuał, którym jest śniadanie. Następnie spacerek do pracy przez uliczne rozkopy. Tak się kurzy od tego, że naprawdę można pomyśleć, że się mieszka na pustyni, ale docieram na miejsce. Po południu wracam do domu na niecałą godzinkę. Wspaniałomyślnie otworzyłam okno na oścież w jednym z pokoi, by przewietrzyć mieszkanie...no i skleroza zapomniałam je zamknąć przed wyjściem! 
Dwie godziny później, kiedy jestem jakieś dwa kilometry od domu, zaczyna się urwanie chmury. Patrzę w okno obserwując tę ulewę i myślę: Zajefajnie mam pewnie potop w domu. No nic siadam do komputera i ćwiczę na kursie Excela. Po zajęciach deszcz nadal pada, a na domiar tego przypełzła też i burza. Tak, nie ma to jak miły akcent na zakończenia dnia. Siedzę i czekam, aż warunki pogodowe się skończą i nic. Postanawiam zadzwonić po ojca. Przyjechał po około 45 minutach. Ornetę zalało. Podjeżdżamy pod dom, który ku mojej radości nadal stoi, nie pływa. Miałam chwilę wątpliwości, gdy sąsiad z naprzeciwka wynosił wodę wiadrami z mieszkania - zalało mu piwnicę. U mnie tylko studzienka była wypełniona do połowy, ale po kwadransie nic w niej nie było - nie licząc czegoś zgniłego na dnie. Ku mojej uciesze w ogóle mnie nie zalało. Później w nocy obserwowałam błyskawice na niebie, bo oczywiście przyczłapała kolejna burza. Nieco wcześniej przyglądałam się strażakom, którzy wypompowywali wodę z piwnicy drugiego sąsiada. Tak mi minął wczorajszy dzień - pełen wrażeń he he. 
Podczas burzy wzięło mnie na wspominki. Pamiętam, ze w dzieciństwie strasznie bałam się tego zjawiska, a teraz mogłabym patrzeć na przeszywające niebo błyskawice godzinami. To potwierdza teorię na przykład Heraklita z Efezu, że wszystko podlega zmianom. Ja pod względem strachu się zmieniłam, nie wiem czy mogę posłużyć się stwierdzeniem, wręcz z niego wyrosłam. Nie tak dawno pisałam na Facebooku z koleżanką o lękach. Padło pytanie z jej strony, czego się boję? I mówiąc szczerze, wbiła mi ćwieka. Nie wiem czego się boję. Może tylko tego, co jest nieznane? Dobrze jest mieć pewność, że nagle nie zawali ci się grunt pod stopami. Ja tak nie mam. Ciągle idę na oślep w przyszłość mając za towarzyszkę naiwną nadzieję. To tak, jakby poruszać się we mgle bez żadnych sygnalizatorów obecności, modląc się przy tym, by w nic nie uderzyć. Ryzykowne he he. Wracając do strachu. Zaczęłam drogą eliminacji szukać przedmiotu moich obaw. I tak: Nie boję się żadnych żyjątek, takich jak robaki, płazy czy gady - nawet niedawno straszyłam zaskrońcem brata. Ogień odpada, burza też, śmierć też mnie nie przeraża - w sumie, sama do niej kiedyś dążyłam. Czasem tylko mam lekki lęk wysokości, gdy nie mam w pobliżu oparcia pod postacią barierki. To tyle. Pewnie coś by się jeszcze znalazło, ale nie drążyłam tego tematu dalej.  Niezła dygresja z tego wyszła he he.
Wiecie, czasem kiedy przyglądam się deszczowi, przypomina mi się zmarła babcia. Pamiętam, że gdy padało, to nigdy nie puszczała mnie i siostry na dwór, w momencie kiedy na kałużach tworzyły się bąble. Mawiała, że taki deszcz jest niebezpieczny. Tyle wspomnień. Tak, w wakacje zawsze się z nas śmiano, bo babcia kazała nam wracać do domu kiedy zapalały się latarnie na ulicy. Stare dobre czasy, które już nie wrócą.
A tak na nieco zabawniejsze zakończenie wstawiam amv z jednego z ulubionych anime. Piosenka też przywołuje pewną nostalgię. No cóż, śpiewałam ją gdy miałam naście lat he he... ^^


niedziela, 27 lipca 2014

Załamka -_-

Im dłużej egzystuję na tym świecie, coraz bardziej mam ochotę się wyłączać. W głowie mam stworzoną własną utopię, gdzie czasem się zakotwiczam - ostatnio dość często. Nie mogę już oglądać wiadomości, bo moja irytacja dochodzi do szczytu wyznaczonej granicy. Homo homini lupus est - niejako utożsamia się z każdym stuleciem. Czasem myślę, że ludzie są jakimś chorym gatunkiem, który samoistnie się wyniszcza. Zabijamy dla przyjemności lub dla przekonania, ale jaki w tym sens? Nie wiem i nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Eh, brak mi słów...



środa, 23 lipca 2014

Nie dość ważne rozmyślenia niepoprawnego roztrzepańca :P

Długo się nie odzywałam, co jak na mnie nie jest wyczynem wagi państwowej. Powoli posuwam się do przodu w swojej marnej egzystencji - małymi kroczkami - a to postęp, bo nie stoję w miejscu. Depresyjny nastrój jakoś nie chce mnie opuścić, jednak to nie znaczy, że siedzę w domu i beczę w poduszkę. Nie! Normalnie w świecie żyję, jak przeciętni ludzie radząc sobie z przeciwnościami losu. Umartwiam się nad głupotą własną i innych, nie rozumiejąc pewnych zachowań. Tak, to norma.
Czuję ciągle pewien rodzaj presji i to mnie stawia pod murem. Czekam tylko na komendę do strzału, patrząc w lufę wycelowanej broni krytyka. Eh, bezsensowne to trochę, ale tak ma się sprawa. Powoli stawiam czoła nazbieranym problemom. Takie "problemobranie", a co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia, ale jestem przygotowana na najgorsze. Moje czarnowidztwo, jak widać ma się dobrze he he. Wyszłam jednak z założenia, że nikomu nie będę się narzucać. Jest jak jest i wolę nie wcinać się w życia innych. 
Zaobserwowałam ostatnio, że nasze społeczeństwo powoli zaczyna zwracać się niejako ku indywidualizmowi. Dzieci mało kiedy bawią się w większych grupach, bynajmniej w moim otoczeniu. Już nie widzę zgrania, jakie było kiedyś [patrz moje dzieciństwo]. Solidarność pomału się wypala i pozostaje indywidualizm. Kult jednostki zapoczątkowany wyścigiem szczurów. Do tego dochodzi szufladkowanie ludzi. Piękna przyszłość nas czeka. Czasem się zastanawiam, czy nie zmierzamy do czegoś na miarę świata wykreowanego przez Aldousa Huxleya. To trochę przerażająca myśl, ale jedynie bijąca się w mojej głowie wraz z innymi równie szalonymi wizjami. Prorokiem nie jestem i nie zamierzam nim być, po prostu sobie rozważam różne rzeczy. Czasem robię to w dość niekonwencjonalny sposób, ale będę wredna i tego nie zdradzę. Zabiorę tę tajemnicę ze sobą do grobu he he ^^. 




niedziela, 22 czerwca 2014

Czas wspinaczki po sinusoidzie, czyli pierwsze kroki w wychodzeniu z dołka

Jestem ostatnio w kiepskiej formie, ale staram się walczyć o resztki walącego się pod stopami gruntu. Sama siebie nie rozumiem, ale czuję, że stoję w martwym punkcie. Budzę się z uczuciem strachu i zachodzę w głowę dlaczego? Niby nie dzieje się w moim życiu nic złego, ale ten lęk czai się pod moją skórą. Czego się tak podświadomie boję - nie wiem! A to jeszcze gorsze uczucie od jawnego strachu. Może obawiam się tego świata? Tyle przemocy wokoło się szerzy, której nie potrafię zrozumieć. Według mnie można wszystko załatwić zdrową dyskusją, a nie prawem pięści. Wiem, jestem nie na czasie, ale konflikt nigdy nie jest rozwiązaniem. No cóż, ale co ja tam wiem...
Moim odreagowaniem na otaczającą mnie rzeczywistość są opowiadania, jakie tworzę na kartce papieru. To także moja forma odpoczynku psychicznego. Mam pokręconą wyobraźnię i nieraz sama siebie zaskakuję. Lubię także rysować, jednak moje dzieła nie należą do najlepszych. Raz wrzuciłam coś na któregoś bloga i wystraszyłam odwiedzających he he. 
Ten kawałek niejako odzwierciedla mój nastrój. W sumie, jedna z moich ulubionych piosenek Irona Maidena, po "como estais amigos". Tak gust muzyczny też mam nieco pokręcony, ale taka już jestem ^^;


niedziela, 15 czerwca 2014

Stare, ale jare

Ach, ale mnie wzięło na sentymenty i wspominki ostatnio. Szalone lata dzieciństwa czasami zdają się być taką ostoją spokoju wewnętrznego. U mnie bynajmniej tak jest. 
Wczoraj przeżyłam coś na miarę dead endu. Choróbsko się ponownie do mnie przyczepiło, ale ze zdwojoną siłą. Tę batalię zniosłam dość kiepsko, ale jest już lepiej. Mam nadzieję, że jutro będę w miarę funkcjonować. Wiadomo czyją matką jest nadzieja, a ona kocha swoje dzieci he he...
Taki kawałek na koniec tego krótkiego posta zapodaję. Eh, stare, dobre czasy...


poniedziałek, 9 czerwca 2014

Indolencja i apatia

Tak, jednak mam doła. 
Nic na to nie poradzę i jakoś muszę odbić się z tego dna. Bycie osobą empatyczną nie jest zbyt zdrowe w tym świecie. Niestety. Ostatnio jestem świadkiem wielu bolesnych sytuacji, co choć nie chcę, wrzyna się w mój umysł, tworząc czarne myśli. To odbija się na moim samopoczuciu. Eh, do tego jeszcze ta indolencja i apatyczny stan. Czuję, że utknęłam w miejscu i ciężko jest mi zrobić jakikolwiek krok. Pieprzona rzeczywistość mnie nie oszczędza i ostro daje mi w kość. Nie jestem do końca pewna, ale ponoć stoicy uważali apatię za stan wolny od wzruszeń, który miał pozwalać na osiągnięcie pełni szczęścia. Pytam więc, gdzie to szczęście? Może go w ogóle nie dostrzegam zbyt głęboko tkwiąc w mroku własnych myśli, sama już nie wiem. Czuję się głupia i pusta. 
Dzięki Bogu, czy czemuś tam, mam wspaniałą przyjaciółkę, która świeci latarką w tym moim mroku. Pokazuje mi drogę wyjścia, a to naprawdę dużo. Staram się nikomu nie pokazywać swojej złej kondycji. Z reguły sama sobie jakoś dawałam radę, ale z roku na rok robi się coraz ciężej wychodzić z tego dołu. 
Przeprosiłam mój pamiętnik i z mieszanymi uczuciami przypomniałam sobie jego treść. To nie był jednak mądry pomysł. Nie w tym stanie. Znalazłam tam taki wpis:


Bo non omnis moriar
Póki carpe diem,
Ponieważ cogito ergo sum,
Muszę stawić czoło strapieniom
i krzyknąć agere contra!
Moje marzenia niespełnione 
pozostają w pamięci,
a na razie w ostateczności
pozostaje dance macabre...

Miałam wtedy dziewiętnaście lat i tak właśnie zbierałam siły. Dwa lata później zmarła moja mama i poczułam straszną pustkę, która trwa niemal cały ten czas. Przez ten okres przestałam chodzić do kościoła i powiększyło się moje zwątpienie w siłę transcendentną, jaką jest niejaki Bóg. Niektórzy powiedzieliby mi, że mój stan depresyjny spowodowany jest odejściem od Boga, ale to żadna prawda. Ja od niego nie odeszłam, po prostu czuję, że mnie opuścił. Z natury się nie narzucam, więc go unikam. Tak, chyba się nieco zagalopowałam pisząc o takich nieciekawych sprawach, jak stan mojej wiary. To dowodzi temu, że nie jest ze mną najlepiej. W sumie, to nieważne. Przeżyję... zresztą jak zawsze...


wtorek, 3 czerwca 2014

Beznadzieja

Rutyna zaczyna wdzierać się do mojego życia, co mnie przeraża. Zaczynam się męczyć własnym życiem i sama nie potrafię odpowiedzieć dlaczego tak się dzieje. Po prostu niedawno uświadomiłam sobie, że mam doła. Nie mam już na nic siły i zaczynam filozofować. Zaczęłam unikać ludzi, a nawet posunęłam się dalej,bo nawet nie włączałam komputera przez najbliższy tydzień. Przyłapałam się na myśli, że moja egzystencja powoli zbliża się do własnej dekadencji i destrukcji, co jak dla mnie jest lampką alarmową w strefie przed-depresyjnej. Sama siebie nie rozumiem, a przyjaciółka twierdzi, że za bardzo wszystko do siebie biorę. Tu właśnie jest pies pogrzebany. Zaczęłam się nawet doszukiwać sensu w sensie, a to kiepsko. Czuję się zagubiona. Natłok myśli przybrał formę ogromnego labiryntu, z którego nie potrafię się wydostać. Jakież to irytujące.