Translate

niedziela, 19 października 2014

T_T

Dość długą przerwę sobie zrobiłam... Eh, tak bywa. Mam ostatnio - jakby to ująć - beznadziejne dni, tygodnie, itp. Snuję się wciągnięta w nudną rutynę dnia. Nic na to nie poradzę, ale czuję się źle. Mam uczucie, że czegoś nie robię, choć nie leniuchuję całymi dniami. Niby pracuję, ale ciągle głupio się czuję. Jak jakieś dziecko, które jest winne psoty. Sama już nie wiem, co powinnam zrobić. W ogóle wszystko idzie nie po mojej myśli. Hm, a może za dużo myślę, analizuję i doszukuję się w tym wszystkim sensu? Tak, to głupie. W rezultacie nic nie wiem i ciągle biję się z myślami. W ogóle moje refleksje na końcu wydają się być jednym wielkim bełkotem żałosnej osoby. 

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Czas

Czas to pojęcie względne - pomyślałam sobie siedząc za biurkiem w pracy. Coś w tym jest, bo można go interpretować na różne sposoby. W sumie wystarczy wyobraźnia i zmienny punkt widzenia. Na przykład, dziś czas płynie mi irytująco wolno - to świadczy, że zmęczenie nie pozwala dostrzec mi nic poza tą ślamazarnością. W miłym towarzystwie jest odwrotnie. Tak samo jest w momencie, gdy musimy się wyrobić w jakimś terminie - jak nic zawsze nam go braknie - bynajmniej dla mnie. Ironia losu. 
W życiu używa się wielu określeń dotyczących czasu. Mnie ostatnio męczy brak czasu, choć w weekendy zdarza się, że go po prostu tracę zajmując się mniej ważnymi rzeczami. Jest też powiedzenie: ... dla zabicia czasu. To trochę makabryczne, nie sądzicie? Może mam zbyt bujną wyobraźnię, ale mi to pachnie niezłym kryminałem he he. No bo sami spójrzcie. Przytoczę wam moją pierwszą myśl związaną z tym powiedzeniem. Pan "X" wyznacza komuś zabicie pana "Czas", bo ciągle mu uciekał przez co tracił kontrahentów. Najemnik - nazwijmy go pan "M" - wykonuje zadanie. Nagle okazuje się, że wszystko staje w miejscu tkwiąc w niejakim zawieszeniu.... To tyle he he ^^.
Tak już bywa. Żyjemy w dobie ciągłego pośpiechu i szkoda nam czasu na drobne postoje. Przez to zabieganie przeoczamy wiele dobrego. Chwila zadumy jest nam potrzebna - trzeba czasem poukładać roztrzepane myśli. Pośpiech nie jest zdrowy na dłuższą metę. To tyle, może kiedyś jeszcze podejmę ten temat. Zobaczymy ;).


środa, 6 sierpnia 2014

Burza

A tak dla własnego widzimisię streszczę pokrótce wczorajszy dzień. A co he he... Wstałam po niecałych trzech godzinach snu bez żadnych perspektyw na zmianę samopoczucia. Patrzę na termometr za oknem w moim pokoju, a tu 50 stopni. Myślę jeszcze ospała: Chyba mieszkam na jakiejś pustyni. Dopiero po zimnym prysznicu doszłam do wniosku, że jednak termometr zakończył swój żywot. Wchodzę do kuchni, by rozpocząć codzienny, poranny rytuał, którym jest śniadanie. Następnie spacerek do pracy przez uliczne rozkopy. Tak się kurzy od tego, że naprawdę można pomyśleć, że się mieszka na pustyni, ale docieram na miejsce. Po południu wracam do domu na niecałą godzinkę. Wspaniałomyślnie otworzyłam okno na oścież w jednym z pokoi, by przewietrzyć mieszkanie...no i skleroza zapomniałam je zamknąć przed wyjściem! 
Dwie godziny później, kiedy jestem jakieś dwa kilometry od domu, zaczyna się urwanie chmury. Patrzę w okno obserwując tę ulewę i myślę: Zajefajnie mam pewnie potop w domu. No nic siadam do komputera i ćwiczę na kursie Excela. Po zajęciach deszcz nadal pada, a na domiar tego przypełzła też i burza. Tak, nie ma to jak miły akcent na zakończenia dnia. Siedzę i czekam, aż warunki pogodowe się skończą i nic. Postanawiam zadzwonić po ojca. Przyjechał po około 45 minutach. Ornetę zalało. Podjeżdżamy pod dom, który ku mojej radości nadal stoi, nie pływa. Miałam chwilę wątpliwości, gdy sąsiad z naprzeciwka wynosił wodę wiadrami z mieszkania - zalało mu piwnicę. U mnie tylko studzienka była wypełniona do połowy, ale po kwadransie nic w niej nie było - nie licząc czegoś zgniłego na dnie. Ku mojej uciesze w ogóle mnie nie zalało. Później w nocy obserwowałam błyskawice na niebie, bo oczywiście przyczłapała kolejna burza. Nieco wcześniej przyglądałam się strażakom, którzy wypompowywali wodę z piwnicy drugiego sąsiada. Tak mi minął wczorajszy dzień - pełen wrażeń he he. 
Podczas burzy wzięło mnie na wspominki. Pamiętam, ze w dzieciństwie strasznie bałam się tego zjawiska, a teraz mogłabym patrzeć na przeszywające niebo błyskawice godzinami. To potwierdza teorię na przykład Heraklita z Efezu, że wszystko podlega zmianom. Ja pod względem strachu się zmieniłam, nie wiem czy mogę posłużyć się stwierdzeniem, wręcz z niego wyrosłam. Nie tak dawno pisałam na Facebooku z koleżanką o lękach. Padło pytanie z jej strony, czego się boję? I mówiąc szczerze, wbiła mi ćwieka. Nie wiem czego się boję. Może tylko tego, co jest nieznane? Dobrze jest mieć pewność, że nagle nie zawali ci się grunt pod stopami. Ja tak nie mam. Ciągle idę na oślep w przyszłość mając za towarzyszkę naiwną nadzieję. To tak, jakby poruszać się we mgle bez żadnych sygnalizatorów obecności, modląc się przy tym, by w nic nie uderzyć. Ryzykowne he he. Wracając do strachu. Zaczęłam drogą eliminacji szukać przedmiotu moich obaw. I tak: Nie boję się żadnych żyjątek, takich jak robaki, płazy czy gady - nawet niedawno straszyłam zaskrońcem brata. Ogień odpada, burza też, śmierć też mnie nie przeraża - w sumie, sama do niej kiedyś dążyłam. Czasem tylko mam lekki lęk wysokości, gdy nie mam w pobliżu oparcia pod postacią barierki. To tyle. Pewnie coś by się jeszcze znalazło, ale nie drążyłam tego tematu dalej.  Niezła dygresja z tego wyszła he he.
Wiecie, czasem kiedy przyglądam się deszczowi, przypomina mi się zmarła babcia. Pamiętam, że gdy padało, to nigdy nie puszczała mnie i siostry na dwór, w momencie kiedy na kałużach tworzyły się bąble. Mawiała, że taki deszcz jest niebezpieczny. Tyle wspomnień. Tak, w wakacje zawsze się z nas śmiano, bo babcia kazała nam wracać do domu kiedy zapalały się latarnie na ulicy. Stare dobre czasy, które już nie wrócą.
A tak na nieco zabawniejsze zakończenie wstawiam amv z jednego z ulubionych anime. Piosenka też przywołuje pewną nostalgię. No cóż, śpiewałam ją gdy miałam naście lat he he... ^^


niedziela, 27 lipca 2014

Załamka -_-

Im dłużej egzystuję na tym świecie, coraz bardziej mam ochotę się wyłączać. W głowie mam stworzoną własną utopię, gdzie czasem się zakotwiczam - ostatnio dość często. Nie mogę już oglądać wiadomości, bo moja irytacja dochodzi do szczytu wyznaczonej granicy. Homo homini lupus est - niejako utożsamia się z każdym stuleciem. Czasem myślę, że ludzie są jakimś chorym gatunkiem, który samoistnie się wyniszcza. Zabijamy dla przyjemności lub dla przekonania, ale jaki w tym sens? Nie wiem i nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Eh, brak mi słów...



środa, 23 lipca 2014

Nie dość ważne rozmyślenia niepoprawnego roztrzepańca :P

Długo się nie odzywałam, co jak na mnie nie jest wyczynem wagi państwowej. Powoli posuwam się do przodu w swojej marnej egzystencji - małymi kroczkami - a to postęp, bo nie stoję w miejscu. Depresyjny nastrój jakoś nie chce mnie opuścić, jednak to nie znaczy, że siedzę w domu i beczę w poduszkę. Nie! Normalnie w świecie żyję, jak przeciętni ludzie radząc sobie z przeciwnościami losu. Umartwiam się nad głupotą własną i innych, nie rozumiejąc pewnych zachowań. Tak, to norma.
Czuję ciągle pewien rodzaj presji i to mnie stawia pod murem. Czekam tylko na komendę do strzału, patrząc w lufę wycelowanej broni krytyka. Eh, bezsensowne to trochę, ale tak ma się sprawa. Powoli stawiam czoła nazbieranym problemom. Takie "problemobranie", a co z tego wyniknie? Nie mam pojęcia, ale jestem przygotowana na najgorsze. Moje czarnowidztwo, jak widać ma się dobrze he he. Wyszłam jednak z założenia, że nikomu nie będę się narzucać. Jest jak jest i wolę nie wcinać się w życia innych. 
Zaobserwowałam ostatnio, że nasze społeczeństwo powoli zaczyna zwracać się niejako ku indywidualizmowi. Dzieci mało kiedy bawią się w większych grupach, bynajmniej w moim otoczeniu. Już nie widzę zgrania, jakie było kiedyś [patrz moje dzieciństwo]. Solidarność pomału się wypala i pozostaje indywidualizm. Kult jednostki zapoczątkowany wyścigiem szczurów. Do tego dochodzi szufladkowanie ludzi. Piękna przyszłość nas czeka. Czasem się zastanawiam, czy nie zmierzamy do czegoś na miarę świata wykreowanego przez Aldousa Huxleya. To trochę przerażająca myśl, ale jedynie bijąca się w mojej głowie wraz z innymi równie szalonymi wizjami. Prorokiem nie jestem i nie zamierzam nim być, po prostu sobie rozważam różne rzeczy. Czasem robię to w dość niekonwencjonalny sposób, ale będę wredna i tego nie zdradzę. Zabiorę tę tajemnicę ze sobą do grobu he he ^^. 




niedziela, 22 czerwca 2014

Czas wspinaczki po sinusoidzie, czyli pierwsze kroki w wychodzeniu z dołka

Jestem ostatnio w kiepskiej formie, ale staram się walczyć o resztki walącego się pod stopami gruntu. Sama siebie nie rozumiem, ale czuję, że stoję w martwym punkcie. Budzę się z uczuciem strachu i zachodzę w głowę dlaczego? Niby nie dzieje się w moim życiu nic złego, ale ten lęk czai się pod moją skórą. Czego się tak podświadomie boję - nie wiem! A to jeszcze gorsze uczucie od jawnego strachu. Może obawiam się tego świata? Tyle przemocy wokoło się szerzy, której nie potrafię zrozumieć. Według mnie można wszystko załatwić zdrową dyskusją, a nie prawem pięści. Wiem, jestem nie na czasie, ale konflikt nigdy nie jest rozwiązaniem. No cóż, ale co ja tam wiem...
Moim odreagowaniem na otaczającą mnie rzeczywistość są opowiadania, jakie tworzę na kartce papieru. To także moja forma odpoczynku psychicznego. Mam pokręconą wyobraźnię i nieraz sama siebie zaskakuję. Lubię także rysować, jednak moje dzieła nie należą do najlepszych. Raz wrzuciłam coś na któregoś bloga i wystraszyłam odwiedzających he he. 
Ten kawałek niejako odzwierciedla mój nastrój. W sumie, jedna z moich ulubionych piosenek Irona Maidena, po "como estais amigos". Tak gust muzyczny też mam nieco pokręcony, ale taka już jestem ^^;


niedziela, 15 czerwca 2014

Stare, ale jare

Ach, ale mnie wzięło na sentymenty i wspominki ostatnio. Szalone lata dzieciństwa czasami zdają się być taką ostoją spokoju wewnętrznego. U mnie bynajmniej tak jest. 
Wczoraj przeżyłam coś na miarę dead endu. Choróbsko się ponownie do mnie przyczepiło, ale ze zdwojoną siłą. Tę batalię zniosłam dość kiepsko, ale jest już lepiej. Mam nadzieję, że jutro będę w miarę funkcjonować. Wiadomo czyją matką jest nadzieja, a ona kocha swoje dzieci he he...
Taki kawałek na koniec tego krótkiego posta zapodaję. Eh, stare, dobre czasy...